wtorek, 23 stycznia 2018

Trzy billboardy za Ebbing, Missouri, czyli Oscary murowane!


Za kilka dni wyprawa do Łodzi, która odkąd pamiętam jakoś kojarzy mi się filmowo, kto wie może powstanie specjalna notka z relacją z wypadu?
Ponieważ z czasem na pisanie może być krucho, próbuję póki jeszcze mogę coś napisać. A jest o czym, bo wśród nowości, które lada chwila trafią na nasze ekrany kinowe jest film absolutnie świetny.
Jeżeli pamiętacie moje zachwyty nad serialem Olive Kitteridge i rolą Frances McDormand, to teraz będziecie mieli kontynuację peanów. Trochę podobne charaktery bohaterek - to postacie zgorzkniałe, przepełnione wściekłością wobec innych, zgryźliwe, trochę szorstkie i bardzo bezpośrednie w relacjach z innymi. Ale daj Boże innym aktorkom takie role, w których mogą tak błysnąć, nawet jeżeli trochę są do siebie podobne.
W "Trzy billboardy za Ebbing, Missouri" Frances McDormand niezaprzeczalnie gra pierwsze skrzypce, trzeba jednak przyznać, że więcej tu jest dobrze skonstruowanych i zagranych postaci. Zachwyca scenariusz, dialogi, ale przede wszystkim klimat tego filmu, niespieszny, wciągający nas w dramatyczną historię, jednocześnie jednak wcale nie dołując.


poniedziałek, 22 stycznia 2018

Romeo i Julia - Teatr Bolshoi, czyli na Pragę żeby oglądać spektakl z Moskwy

Nie mam szczęścia z terminami do transmisji baletowych w tym sezonie, choć przecież po "Poskromieniu złośnicy" obiecywałem sobie, że jak najszybciej się na coś wybiorę. Jednak na szczęście mogę liczyć na znajomych, którzy mimo choroby (dlatego tym razem króciutko) kontynuują serię recenzji, którą nazwaliśmy sobie roboczo "laicy baletowi komentują". Zainteresowanych całym cyklem pokazów (przypominam również o cyklu teatralnym, operowym i prezentacji wystaw z całego świata) odsyłam do organizatora pokazów w Polsce, czyli Na żywo w kinach. Tam znajdziecie wszystkie miejsca i terminy pokazów.

MaGa: Po raz kolejny 21 stycznia 2018 r. wybraliśmy się do kina Praha na spektakl baletowy „Romeo i Julia” w wykonaniu Teatru Bolszoj. Znów balet inny w odbiorze od oglądanych wcześniej: „Dziadka do orzechów” czy współczesnej wersji „Poskromienia złośnicy”… Była bajka, komedia, a tym razem tragedia Szekspira z muzyką Prokofiewa. Powiem szczerze … o ile w poprzednich spektaklach nie odrywałam wzroku od tancerzy, tym razem większą uwagę przyciągnęły kostiumy, scenografia a już najbardziej muzyka. W moim odczuciu motyw przewodni jest monumentalny, każde inne słowo mi do niego nie pasuje.

Zawsze jest przebaczenie - Anne B. Ragde, czyli czy jesteś szczęśliwy

Saga rodziny Nashov była moim literackim odkryciem w roku ubiegłym, każda z książek była wyczekiwana, czytana z wypiekami na twarzy, choć przecież nie jest to żaden thriller, kryminał. Okazuje się, że można wywołać u czytelnika dużo większe emocje, pisząc o sprawach wydawałoby się codziennych, mało skomplikowanych. Ale za to jak pisząc.

Dlatego z ogromną radością przyjąłem informację iż po latach autorka wróciła do tej sagi, napisała kontynuację i być może nawet wcale nie zamyka jeszcze całkowicie tej furtki, kto wie czy nie będzie kontynuacji. I tylko pomarzyć jeszcze o tym, by któryś z kanałów telewizyjnych pokusił się na ściągnięcie do nas serialu, który powstał na kanwie powieści Anne B. Ragde.

Czwarty tom daje nam trochę inną perspektywę na bohaterów. Minęło trochę czasu i ich życie się pozmieniało. W centrum już nie jest gospodarstwo, wszyscy rozpierzchli się do swoich spraw, a ono powoli niszczeje. Decyzja Torunn była dla nich trudna do zrozumienia, nagła, ale wszyscy z czasem ją zaakceptowali. Sytuacja jednak wymusiła na nich rozluźnienie więzi. Choć dotąd obserwowaliśmy również trzy oddzielne wątki (nawet cztery w pierwszym tomie), czuliśmy że one się splatają, że szukają bliskości ze sobą, uczą się jej, choć nie było to łatwe. Teraz mam wrażenie, że autorka w centrum postawiła najmłodszą z nich i to jej życiu się przygląda, to od jej decyzji zależy to czy wujowie pojawią się znowu na horyzoncie wydarzeń. 

niedziela, 21 stycznia 2018

Aktorki. Odkrycia - Łukasz Maciejewski, czyli talent i szczęście

Moje drugie spotkanie z wywiadami Łukasza Maciejewskiego z polskimi aktorkami. "Portrety" i "Spotkania" to rozmowy z gwiazdami sceny i ekranu, których największe role przypadały na lata 60, czasem 70, w tomie "Aktorki. Odkrycia" są panie troszkę młodsze, choć przecież mające już za sobą niemałe doświadczenie. Gdy patrzy się na te nazwiska, z uśmiechem można odnieść się do określenia "odkrycia", bowiem większość z nich ma już w zawodzie status gwiazd dużego formatu. Rozumiem jednak pomysł na pokazanie po prostu kolejnego pokolenia aktorek, które mają za sobą bardzo wiele ról, ale karier wcale nie kończą, jeszcze wiele przed nimi. 
Błęcka-Kolska, Bohosiewicz, Budnik, Dancewicz, Gniewkowska, Grabowska, Gruszka, Hajewska-Krzysztofik, Kolak, Kulig, Kożuchowska, Kulesza, Kuna, Muskała, Nieradkiewicz, Ostaszewska, Preis, Trzepiecińska. Gdy myślę sobie o każdej z nich, od razu przypominają mi się różne ich kreacje, bo odkąd zacząłem swoją przygodę z kinem, polskie premiery wypełniały właśnie ich twarze. Nie miałem więc przy tym tomie tak często problemu, że różne tytuły, do których odwoływał się Maciejewski były dla mnie zupełnie nieznane (niestety).

sobota, 20 stycznia 2018

London Town, czyli buntu w tym za grosz

Znowu nam się ferie jakoś układają w dziwny sposób, że nie dane nam jest wyjeżdżać, ale za to staramy się robić przynajmniej krótkie wypady i większą ilość drobnych przyjemności. Jak nie laserowe potyczki, to teatr, spacery, kino i domowe seanse filmowe lub planszówki. A samemu trochę mniej okazji do kosztowania kultury. Ale może w drugim tygodniu pojawi się okazja. Dużo fajnych premier się szykuje.
Ten film przegapiłem w kinie, choć bardzo mnie zainteresował - muzykę The Clash przecież bardzo lubię, a ich zaangażowane teksty, postawa wobec polityki rządu Wielkiej Brytanii, przemiany społeczne, dawały nadzieję, że film będzie historią żywą, że będzie pełen energii. Sex Pistols wzywało do anarchii, ale było raczej wygłupem, The Clash dość jawnie wzywali do rewolucji, dokładając do buntu pierwiastek walki o sprawiedliwość społeczną.

czwartek, 18 stycznia 2018

Gra o wszystko, czyli nie chodzi tylko o wygraną

Po pracy biegam ostatnio nadrabiać kinowe zaległości i na pokazy przedpremierowe (kino Atlantic jest w tym świetne!), niedługo pewnie więc czeka Was wysyp notek filmowych. Z książkami niestety zwolniłem. Za to kolejne trzy teatry przede mną. Notatnik działa, jak pewnie niektórzy wiedzą nawet w dwóch wersjach (www.notatnikkulturalny.pl jest bardziej magazynem tworzonym przez wielu autorów), jakoś udaje się godzić to wszystko z pracą i rodziną, ale frajda jest największa wtedy gdy ktoś mówi, że zaraża się tą moją pasją, że ją rozumie i nie stuka się w głowę pytając po co i ile mam z tego kasy.

Kasa. Wydawałoby się, że o oto przede wszystkim będzie chodzić w filmie, w którym fabuła jest zbudowana wokół rozgrywek pokera o bardzo wysokie stawki. Ten dreszcz emocji, to ryzyko i miliony, które jednej nocy mogą przejść z kieszeni do kieszeni. Ale mimo, że chwilami może i sposób opowiadania tej historii przypomina wielkie przekręty jakie pamiętamy z ekranów z ostatnich kilku lat, to chyba nie to było dla twórców najważniejsze. Graczom nie chodzi tylko o wygraną, a o emocje, a bohaterce nie tylko o sam sukces, a o...

wtorek, 16 stycznia 2018

Alicja ♥ Alicja, czyli razem w szczęściu i smutku

Dwie młode kobiety wchodzą na niewielką scenę, witają się, jakby trochę speszone, sprawiają wrażenie jakby dopiero ustalały która z nich ma zacząć mówić i o czym. Tak zaczyna się sztuka autorstwa Amy Conroy, wyreżyserowana przez Marię Seweryn, wystawiana od czasu do czasu w Och Teatrze. Ten motyw: mamy przed sobą nie aktorki, ale dwie zwyczajne dziewczyny, które znalazła reżyserka, by jej spektakl był bardziej prawdziwy, będzie do nas powracał. Całość ma sprawiać wrażenie nie tyle sztuki, co spotkania, na którym obie kobiety opowiadają swoimi słowami o tym jak wygląda ich relacja. Żartują, denerwują się, czasem emocje biorą górę i trudno kontynuować jakiś wątek, a innym razem rozkręcają się, mówiąc chyba nawet więcej niż planowały.

Ciekawy pomysł i mimo pierwszego wrażenia sztuczności, po chwili wchodzimy w tę konwencję, na pewien czas zapominając o tym, że to wszystko jest wyreżyserowane i zagrane. Duża w tym zasługa Aleksandry Domańskiej i Aleksandry Grzelak, które potrafią włożyć w ten tekst dużo uczuć. Sposób w jaki na siebie patrzą, jak uzupełniają tę historię, czasem się przekomarzając, to znów wspierając przy trudniejszych fragmentach, czułość jaką wyczuwamy w ich słowach, gestach - wszystko to sprawia, że cała ta ich opowieść staje się bardziej przekonująca, naturalna.

Song of experience - U2, czyli ale na koncert to bym poszedł


U2 dziś ogłosiło plany koncertowe na Europę, ale niestety tym razem Polski nie ma na liście. A szkoda, bo nawet jeżeli płyty nie brzmią jakoś wyjątkowo, ten zespół na koncertach wypada świetnie, a każdy z nich jest dużym widowiskiem. Do Berlina niby blisko, ale kasa jednak większa... No nic, może jeszcze coś dołożą.
 
A jaka jest ta najnowsza płyta? Kupiłem ją nie spodziewając się zbyt wiele, bo dinozaury mam wrażenie, że powielają już sami siebie, niewiele potrafią zaproponować nowego. Ale przecież mam wszystkie ich płyty więc czemu nie kontynuować kolekcji? "Song of experience" jako żywo przypomina poprzednią ich płytę - ta sama mieszanka rocka, popu, chwytliwych melodii i chórków, kawałki opracowane zdaje się, że z różnymi producentami, przemyślane do ostatniej nuty. Tylko szkoda, że niby wpadają w ucho, ale zaraz drugim wylatują.

Dyktator - Mariusz Zielke, czyli samotny facet z kotem

Mariusz Zielke gościł już u mnie na blogu przy okazji dwóch powieści, dwie jeszcze czekają na półkach na swoją kolej, a ja wciąż zastanawiam się jak mam potraktować ich autora. Nie chodzi nawet o sam warsztat, bo całkiem sprawnie potrafi pisać thrillery sensacyjne, potrafi stworzyć wrażenie, że sięga po autentyczne tematy, prowadzi dziennikarskie śledztwo, a potem dopiero je obudowuje akcją, wypełnia bohaterami, którzy mają odkrywać prawdę. Kłopot polega na tym, że ten sam chwyt stosowany kilkukrotnie po prostu przestaje działać. Ile razy można jechać na reklamie: nikt nie chce mi tego wydać, bo jest zbyt ostre, zbyt prawdziwe, mogłoby rozwalić całą scenę biznesową/polityczną/sądowniczą, próbują zatkać mi usta, grożą mi, ale ja się nie poddaję i oto udostępniam Wam ten zakazany owoc w formie elektronicznej, bierzecie i czytajcie. Ach, ale oczywiście kupujcie, bo nie ma nic za darmo. Może i jest coś na rzeczy, wierzę że przy pierwszej mogło tak być, ale potem? Za każdym razem podobna sztuczka, argumenty, nowa strona internetowa (teraz zapowiedź całej serii powieści "z kluczem" - odważnych i bez cenzury - www.zkluczem.pl). Przeczytajcie zresztą jak reklamowany jest "Dyktator".

Tak mocnej powieści o polskich elitach jeszcze nie było!
Prezes partii rządzącej jest już zmęczony nieustającym pasmem wyborczych zwycięstw. W skromnym domu na warszawskich peryferiach, u boku ukochanego kota, zmęczony, samotny i osaczony wspomina wzloty i upadki.
„Dyktator” to pełna spisków i intryg, na przemian zabawna i przerażająca historia o tym, do czego prowadzi szerzenie nienawiści i kult jednostki. Powieść została zamówiona przez wydawcę, który zalecał, by promowała sukcesy polskiego rządu. Autorowi wyszło coś innego i powieść trzeba było opublikować poza oficjalnym rynkiem wydawniczym.

poniedziałek, 15 stycznia 2018

Zagubieni, czyli film w filmie


Dawno nie było u mnie żadnego filmu czeskiego. No to proszę. A i za literaturą trochę się stęskniłem, bo "Arystokratka" to jednak jedynie zabawa.
Dziś jednak o filmie. Pewnie znanym, ale ja dopiero niedawno go odkryłem, choć przecież inne rzeczy Petra Zelenki już widziałem. "Zagubieni" mogą nieźle namieszać w głowie kogoś kto spodziewa się normalnej fabuły, bo gdyby ją brać na poważnie (choć jest komediowa), to kończy się ona po 20 minutach. Potem zaczyna się to co najciekawsze.

niedziela, 14 stycznia 2018

Święci codziennego użytku - Szymon Hołownia, czyli świat może nazywać to głupotą

Dziś kolejna zbiórka na WOŚP, pomyślałem więc, że to najlepszy moment, by napisać o książce Szymona Hołowni. Niedawno pisałem o części drugiej, która niedawno się ukazała, ale przygoda z życiorysami świętych zaczęła się właśnie od tego tomiku.
A dlaczego skojarzył mi się właśnie WOŚP z tym o czym pisze Hołownia? Chodzi o tę odrobinę szaleństwa, niektórzy mówią że głupoty, która polega na dzieleniu się tym co masz, robieniu czegoś dla innych. Zbiórka na cele medyczne organizowana przez Owsiaka od lat mobilizuje starych i młodych, sprawiając masę radości. I to jest piękne. Obyśmy zawsze z takim entuzjazmem podchodzili do dzielenia się z innymi.
Wcale nie przypadkowo wśród postaci wymienianych w tym tomiku jest m.in. wdowa, o której niewiele wiemy, a która wrzuciła ostatni grosik jako datek. I choćby nam wmawiali: pieniądze nie idą tylko na sprzęt ktoś Was oszukuje, nie przejmujcie się tym, bo ważne że robisz coś z serca i nie do Ciebie należy kontrolowanie czy co do grosza ktoś spożytkuje to tak jak obiecywał. Wiara, zaufanie, dobre intencje, szukanie w ludziach dobra i próby budowania go na świecie, mogą być nazywane jak tam sobie świat chce. Od setek lat wciąż znajdują się tacy, którzy swoim życiem udowadniają, że w ten sposób mogą nie tylko odnaleźć drogę dla siebie, ale i wskazywać ją innym.

sobota, 13 stycznia 2018

Nerve, czyli Kopciuszek i książe w trochę innym świecie

W sumie jak się zobaczy zwiastun "Nerve" to potem już nie ma większego zaskoczenia. Ale mimo wszystko warto na niego zerknąć - to obraz tego czym żyją młodzi ludzie, podobnie jak filmy np. z lat 80 czy 90 z całonocnymi imprezami, czy wyścigami samochodowymi po nocach. Dziś już młodzi żyją czym innym. A czym?
Dla nas to pewnie trochę fantastyka i nie bardzo chce nam się wierzyć, jak łatwo młodych wciągnąć w świat wirtualny, jak dla nich to jest ważne. Czy to się jednak jakoś bardzo różni od presji rówieśników kiedyś? Tyle, że wtedy była ona w realu, zakłady, głupie wyzwania, ocenianie, wyśmiewanie. Teraz jest o tyle gorzej, że nawet w domu niespecjalnie się przed tym możesz schować. Kiedyś trzeba było uruchomić komputer, dziś jest "online" prawie cały czas.

piątek, 12 stycznia 2018

Wojna nie ma w sobie nic z kobiety - Swietlana Aleksijewicz, czyli bo tak było trzeba


egettNiedługo biegnę na spotkanie DKK na temat tej książki, więc nie wiem czy dziś będzie czas na pisanie - na wieczór już zapowiada się wieczór  przy planszówkach :) A raczej noc.
Niech zawiśnie więc zajawka. A jutro wypełni się ją treścią. Czytaliście? Po drugiej pozycji tej autorki (możecie zawsze sprawdzać zakładkę przeczytane), bardzo nie zaskoczyła, ale na pewno uruchamia dużo refleksji.
***
Po czterdziestu latach od wojny niektórzy nie chcą pamiętać, nie chcą mówić, nie chcą pamiętać. To zbyt bolesne, wciąż w nich tkwi. Nie tylko to wszystko co działo się na wojnie, ale może również i to co działo się po niej - jak niewiele wtedy myślano o tym jak pomóc tym, którzy przeżyli. Ważne było jedynie zwycięstwo.
Najbardziej poruszające u Aleksijewicz jest to, że odkryła dla świata opowieści kobiet, tak bardzo różniące się od tego jak wspominają czas wojny mężczyźni. Nie ma tu specjalnie miejsca na bohaterstwo, wielkie bitwy, strategię, podkreślanie swoich zasług. Jest za to sporo wydawałoby się mało istotnych detali, które stawały się jakimś ważnym symbolem dla tamtego czasu. Jest miejsce na poświęcenie, strach, współczucie (nawet dla wroga), miłość. Kobiety uczestniczyły w tej wojnie nie tylko w rolach do których mężczyźni je przeznaczali (np. jako pielęgniarki), można znaleźć tu wspomnienia tych, które służyły jako snajperki, piloci, dowodzące działem, czołgistki... Tak wiele poruszających słów. Jak żywe stają na nowo przed nimi tysiące ofiar, ranni, bardzo trudne warunki sanitarne, to jak były traktowane na pierwszej linii frontu przez mężczyzn.
Nawet jeżeli któraś wspomni o tym, iż początkowa klęska była wynikiem błędu władz, to wiara w Stalina, w sens mobilizacji i ofiary dla ojczyzny wciąż jest w nich żywy. Tak było trzeba. Nawet jeżeli potem zapomniano trochę o nich, a w swoich środowiskach wycierpiały niemało. Mało kto widział w nich bowiem bohaterki, a raczej ciągnęła się z nimi fama "tych co na froncie z mężczyznami...". Czy jest w nich duma? Raczej z tego, że przeżyły, że mimo wszystko jakoś poukładały sobie życie po wojnie. Bo łatwo nie było. Szły do walki na ochotnika, często jako kilkunastoletnie dziewczyny. Wracały z duszą tak poranioną, jakby przeżyły już całe życie.

Tyle świadectw, jedne krótsze, inne dłuższe. Czasem jakiś wybrany przebłysk, jedna scena, innym razem długa opowieść o motywacji, o emocjach, o różnych doświadczeniach. Lektura niełatwa, może trochę chaotyczna, ale na pewno ciekawa i pozostawiająca po sobie sporo refleksji. Wiele bowiem jest tu poruszonych spraw, o których zwykle w kontekście wojny się nie myśli.